Latarnie gazowe, francuska kawiarnia z duszą, wszędobylskie koty, domy pustelnika i najlepsze indyjskie jedzenie w Warszawie – to wszystko na warszawskich Bielanach! Rezerwuj sobotę i odkryj co kryje się za rogiem!

Moim ulubionym sposobem na wychillowanie się jest odkrywanie nowych miejsc. I to nie tych w obcym mieście czy za granicą. Największą przyjemność sprawia mi odkrywanie zaułków, które są tuż obok. I dzisiaj właśnie zapraszam Was na odkrywanie zaułków, które od ponad roku są tuż obok a od niedawna mogę je nazwać swoimi. Proszę Państwa – oto Bielany!

Zanim jednak wybierzecie się na całodniowe zwiedzanie tego końca świata – zapakujcie proszę w swoje tobołki suchą bułkę. Wysyłam Was nad pewne stawy, a w jednym z nich czeka na Was wyjątkowa kaczka. Tutu ma ułamany dziób i mieszka koło Stawów Brustmana. Pozdrówcie ją ode mnie!

 

Jedziemy na Bielany

Bielany to ta część Warszawy, która rozpościera się miedzy Żoliborzem, Bemowem i Młocinami. Najłatwiej dojechać tutaj metrem. Słodowiec, Stare Bielany, Wawrzyszew – to wszystko właśnie stacje bielańskie. Na potrzebę naszej wycieczki polecam wysiąść na stacji Stare Bielany. A jak już będziecie wysiadać, to zwróćcie uwagę, jak wyjątkowo ładna jest ta stacja. To wszystko zasługa drewnianych płaskorzeźb wykonanych przez studentów ASP. Drewno przyjechało aż z Amazonii, więc warto by było to docenić (choć biorąc pod uwagę, że ma przywodzić na myśl pobliski Las Bielański, jest to nieco zaskakujący wybór surowca). Piękne drewno, ciepłe światło i kształty drzew na taflach szkła. Taka właśnie jest stacja metra Stare Bielany, od której zaczniemy naszą podróż.

 

Szybko o nazwie

Skąd ta biel w Bielanach? Odpowiedź kryje się w Lesie Bielańskim, w którym zakryty drzewami, stoi zespół klasztorny Kamedułów – postawiony w XVII wieku przez króla Władysława IV . Oprócz klasztoru powstał tu również erem kamedulski (o którym więcej za chwilę), a białe szaty kamedułów dały początek nazwie dzielnicy. A przynajmniej taka opowieść uznawana jest za najbardziej prawdopodobną.

 

Zespół Klasztorny Kamedułów na Bielanach, ul. Dewajtis

Do zespołu pokamedulskiego dotrzecie piechotą lub samochodem, kierując się od ulicy Marymonckiej w głąb Lasu Bielańskiego, ulicą Dewajtis. Zdecydowanie i uparcie polecam spacer, bo jest on przyjemny, a przy okazji będziecie mogli powiedzieć, że byliście w Lesie Bielańskim. No i jest to ekologiczne, co w przypadku ostatniego fragmentu Puszczy Mazowieckiej, z jej chrząszczami i starymi dębami – ma znaczenie. Idąc ulicą Dewajtis po prawej stronie zobaczymy bramę, która doprowadzi nas do kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP i zespołu zabudowań pokamedulskich. Jeśli znajdziecie się tutaj w niedzielę, w przerwie między mszami będziecie mogli zwiedzić kościół. Jeśli tak jak my, jesteście tu w sobotę – nie rozpaczajcie i obejrzyjcie to, co dookoła!

img_20160710_133720

Osiołek Franio  – naprawdę pierwszą rzeczą, na którą zawrócicie uwagę będzie osiołek! Jego zagroda znajduje się u prawego boku kościoła a osiołek ma swoją rzeszę wiernych, zazwyczaj dość małych, wielbicieli. Znalazł się tam ze względu na karuzelę, która stoi z kolei od drugiej strony kościoła. Pierwotnie miał ją napędzać, ale ostatecznie się zbuntował. Karuzela kręci się więc obecnie siłą ludzkich, zazwyczaj ojcowskich, rąk.

Zegar słoneczny  –  jak już będziecie się przymilać do osiołka to zerknijcie przy okazji na ścianę kościoła. Odnajdziecie tam ciekawy zegar słoneczny z dewizą “Najdroższą naszą własnością – czas”

Erem Kamedulski – eremy to miejsce dla mnichów, którzy wspólnie prowadzą pustelniczy tryb życia (jakkolwiek paradoksalnie to nie brzmi). Zazwyczaj przyjmują postać małych domków z własnym ogródkiem, i moim skromnym zdaniem, wyglądają jak tycie i urocze miasteczko 😉 Koniecznie więc zajrzyjcie za kościół, gdzie znajdziecie 13 eremów kamedulskich. Jeśli zajdziecie tam w słoneczny dzień, poczujecie się jak we włoskim miasteczku!

Podziemie Kamedulskie – o nim niestety mogę Wam opowiedzieć tylko w teorii, bo widziałam je tylko z zewnątrz. Po przejściu przez łuk, przystający do kościoła po jego prawej stronie, zobaczycie na lewo od Was wejście do Podziemi Kamedulskich. Co ciekawe, odbywają się tam wieczory jazzowe, a w niedziele to miejsce staje się kawiarnią. Niestety nie byłam, a jedynie słyszałam. Dajcie znać co Wy wiecie o tym miejscu!

Schody do nieba w kształcie DNA – Przed kościołem znajdują się wysokie, drewniane schody do nieba, kształtem przypominające spiralę DNA.  Kiedy zmarł ostatni warszawski zakonnik, założycielowi klasztoru przyśnili się podobno biali mnichowie wstępujący po schodach do nieba. Schody zostały więc przygotowane. A, że wyglądają jak helisa? Czysty przypadek.

Karuzela – w 2002 roku przy kościele stanęła karuzela autorstwa Józefa Wilkonia, wyrzeźbiona z pomocą górali z Małego Cichego. Oryginalna karuzela, ozdobiona rzeźbionymi figurami zwierząt, miała być z początku napędzana przez Frania. Jak już mówiłam, Franio miał na ten temat inne zdanie. Karuzelę warto zobaczyć nie tylko ze względu na jej urok ale i dlatego, że na bielanach karuzela była od zawsze! Od XVII wieku karuzela kręciła się na Bielanach na Zielone Świątki, a jak śpiewała Maria Kotebska, przed wojną była nawet i co niedziela – „Karuzela, karuzela na Bielanach co niedziela”.

Stawy Brustmana

Nie spodziewacie się ich tutaj – a one spokojnie sobie czekają na Was dokładnie w środku blokowiska koło targu Wolumen. Między blokami na ulicach Petofiego, Dantego, Czechowa i Szekspira znajduje się kompleks parkowy z dwoma przepięknymi stawami i fontanną. Gromady kaczek przechadzające się tutaj zawstydzą nawet najlepiej przygotowanego bułkoposiadacza a ilość dzieci na placu zabaw przytłoczy…każdego w sumie. Skupmy się więc na stawach. Latem odbywają się tutaj koncerty muzyki klasycznej na wodzie a raz do roku nawet i konkursy wędkarskie. Stawy są tutaj od XVIII wieku, od czasów gdy powstał tutaj dwór hrabiego Podolskiego, wynajmowany swego czasu warszawiakom jako letnisko. W międzyczasie majątek przeszedł na własność Instytutu Agronomicznego z Marymontu, zostało tu wybudowane osiedle Wawrzyszew, a jeden ze stawów został zasypany i wybudowano tam szkołę. Ale świetne miejsce z przepięknymi stawami nadal pozostało. I tam Was zapraszam. O ile zabraliście ze sobą bułkę i nakarmicie Tutu 😉

img_20160710_145714

Curry House

To miejsce wprawi Was w osłupienie i właśnie dlatego wysyłam Was tutaj na obiad. Z zewnątrz zobaczycie indyjską budę, która zupełnie nie kojarzy się najlepszym indyjskim jedzeniem w Warszawie. A tak mówi się o tym miejscu po wyjściu. Zacznijmy od tego, że wnętrze jest jak torebka Hermiony – mogę się założyć, że nie zgadniesz ile osób zmieści się w środku patrząc na Curry House z zewnątrz. Ludzi, stołów, stoliczków, obrazków, kolumienek, znowu ludzi, dziwnych obrazów ze świętymi krowami, znowu ludzi. Wnętrze magicznie rozciąga się po wejściu do środka i podejrzewam o to święte krowy.

Jeśli chodzi o to co zamówić – przed pierwszą wizytą wyśledziłam, że wszyscy polecają Tikka Masalę. Polecam i ja. W ramach własnej inwencji twórczej polecę i chlebki naan z masłem. Cenowo wychodzi dość drogo, dlatego za pierwszym razem jedliśmy z Żubrem danie na pół.  I z perspektywy drugiego wyjścia, kiedy każde z nas zamówiło swoje danie – to był dobry wybór. Po połowie byliśmy pysznie najedzeni i zdolni do chodzenia dalej. Po całym mieliśmy jedynie ochotę klapnąć na kanapie 😉

Ulica Płatnicza

Ten punkt wycieczki koniecznie zaplanujcie na wieczór, bo dopiero wtedy zobaczycie Płatniczą w pełni jej blasku – oświetloną gazowymi latarniami. Wystarczy wyjść z metra Stare Bielany w kierunku ulicy Kleczewskiej i skręcić w lewo. Po przejściu przez ulicę znajdziesz się już w innym świecie. Budynki stojące przy brukowanej ulicy zbudowane zostały w większości przed wojną, w stylu neoklasycyzmu narodowego i wszystkie znajdują się na liście zabytków. Ale to, co tworzy niepowtarzalny klimat Płatniczej, to latarnie, przeniesione tutaj z centrum miasta w 1935 roku. Choć nie są to latarnie zapalane przez latarników, to jednak atmosfera, którą tworzą, od razu przywodzi na myśl przedwojenną Warszawę, konne powozy i kobiety w sukniach do kostek. I choć powozu wyjeżdżającego zza rogu jeszcze nie spotkałam, to polecam Płatniczą jako ekspresową podróż w czasie.

img_20160924_200151

Cafe de la Poste

Do tej kawiarni traficie wychodząc z ulicy Płatniczej na Plac Konfederacji. Jeśli będzie wieczór – zamawiajcie wino i wychodźcie na zewnątrz posiedzieć w świetle lampek na Placu. Jeśli będzie poranek – róbcie dokładnie to samo, tylko może zamieńcie wino na kawę i dodajcie do tego pysznego croissanta. A jak już się umościliście wygodnie to posłuchajcie. Cafe de le Poste została otworzona w styczniu 2014 roku przez francuza Laurenta, którego na Starych Bielanach nazywano ponoć „naszym francuzem”. Kawiarnia ożywiła wtedy Plac Konfederacji i do teraz wprowadza tam niesamowity klimat. W środku uraczycie się nie tylko francuskimi specjałami, ale także posłuchacie francuskiej muzyki i przeczytacie francuską prasę. Frankofilem nigdy nie byłam, ale to co rozkochało mnie w tej kawiarence to lokalizacja. Plac Konfederacji to plac wyjęty rodem z małego, spokojnego miasteczka. Kościół, małe domki, latarnie i ludzie leniwie kręcący się dookoła. To miejsce jest naprawdę centrum lokalnym, w którym czuje się, że wszystko jest blisko i jeżdżenie do centrum jest zbędne.

Gdybyście tylko zobaczyli to miejsce o 8 rano w słoneczny poranek… Ludzie siedzą, popijają powoli kawę, z wnętrza słychać francuską muzykę. Jakoś tak zupełnie nie po polsku. Aż serce ściska na taki widok, gdy biegnie się do pracy!

 

Stacja metra Wawrzyszew

A naszą podróż po klimatycznych bielanach proponuję zakończyć w miejscu, z którego szybciutko dotrzecie do domu- skierujmy kroki w stronę metra Wawrzyszew. Szklany pawilon ze ściętymi świetlikami, obrośnięty niesamowitą ilością bluszczu zauważycie z daleka. Wawrzyszew niestety najcudniejszej urody nie jest, więc ta stacja wygląda tutaj jak prawdziwa oaza. Bluszcz, cegły, zieleń i niska zabudowa – wszystko to ma przywodzić na myśl przedwojenne Bielany.

I z tym obrazem w głowie, wpuszczam Was w drogę powrotną metrem.

 

Na Bielany warto wracać, bo klimat jest, a ja Wam jeszcze wszystkiego nie pokazałam! Modernistyczny AWF, targowisko Wolumen, wycieczki po Lesie Bielańskim, kawiarnie na Shroegera, świeżutki (i zaskakującej urody) mural dla architektów bielańskich budynków. Księgarnia Baczyńskiego, najlepsze lody na Bielanach, świetne ścieżki rowerowe, okrąglaczek na Wrzecionie, prężnie działający Urząd Dzielnicy i tajemnicze podwórka bloków na Przybyszewskiego. Mnóstwo do odkrycia, wywąchania, posmakowania i objeżdżenia. Do zobaczenia na Bielanach!